Bruce Soord - „Ghosts in the Park”. fot. Weronika Więckowska
Bruce Soord – „Ghosts in the Park”. fot. Weronika Więckowska

Bruce Soord znany jest w świecie muzyki przede wszystkim za sprawą The Pineapple Thief – zespołu, który na stałe wpisał się w historię współczesnego rocka progresywnego. Ma jednak także na koncie uczestnictwo w innych projektach muzycznych oraz kilka solowych albumów. I to właśnie jego wydana w maju płyta Ghosts in the Park jest obiektem tej recenzji.

Przyznam, że jestem zdecydowanie lepiej zaznajomiony z twórczością The Pineapple Thief niż z solowymi albumami Soorda. W końcu przez ten zespół, w którym jest on frontmanem i głównym tekściarzem, poznałem jego osobę i dalszą twórczość. Ghosts in the Park jest jednak nieco innym dziełem niż pozostałe, nad którymi pracował. Jest przede wszystkim bardziej osobiste.

Najnowsza płyta jest efektem dwóch lat pracy artysty, w trakcie których koncertował on (również w Polsce) z The Pineapple Thief. Przelewał na papier swój żal, smutek i refleksje, towarzyszące utracie obojga rodziców. Ostatecznie, z pomocą basisty Jona Sykesa (również członka The Pineapple Thief) oraz odpowiedzialnego za ostateczny mastering Steve’a Kitcha, światło dzienne ujrzało Ghosts in the Park. Album zaczyna się trwającym niespełna półtorej minuty utworem Conception, wymownie rozpoczynającym się od słowa „Mother”. Stanowi on swoistą inwokację, w której autor kieruje do swojej cierpiącej na chorobę Alzheimera mamy pytanie – czy wciąż pamięta jego i spędzone z nim chwile. Już to zapowiada ciężki ładunek emocjonalny, którym Ghosts in the Park jest wręcz przesycone. Concepcion bardzo sprawnie przechodzi w Pillars – moim zdaniem najmocniejszy muzycznie element płyty.

To właśnie Pillars wydane zostało w formie singla, promując Ghosts in the Park, otrzymując przy tym nawet teledysk. Bruce Soord nawiązuje w piosence do tematów sakralnych, w pewien sposób odcinając się od religii, wylewając tu, tak jak i w dalszych utworach, żal, będący efektem utraty najbliższych mu osób. To właśnie nostalgia, samotność i wspomnienia, podkreślane przez frazy takie jak Memento Mori, definiują ten album. Jest on po prostu mocny pod względem lirycznym.

Kadr z teledysku „Pillars” / Youtube
Kadr z teledysku „Pillars” / Youtube

Od strony muzycznej album niestety nie prezentuje się aż tak znakomicie. Ma swoje momenty i widać, że muzyk chciał w pewien sposób zróżnicować akustyczne brzmienie – przez ciekawe dogrywki w Meet Me On The Downs czy bardzo przyjemne, lekko przesterowane (choć zbyt krótkie!) gitarowe solówki między innymi w Kept Me Thinking – utworze skupiającym się na refleksjach Soorda na temat tego, co mógł w przeszłości zrobić, by potencjalnie wpłynąć na los. Podobne zagrywki pojawiają się też w dalszych utworach (jak choćby Stared Down czy Our Predicament), przyjemnie urozmaicając dość monotonnie brzmiące, akustyczne tło większości piosenek na albumie.

I właśnie na tym chciałbym się skupić – na monotonności. O ile Ghosts In The Park ma swoje momenty, tak jest ich zdecydowanie zbyt mało. Album wypada bardzo jednolicie zarówno lirycznie, jak i muzycznie, pokazując jak wiele w przypadku The Pineapple Thief wnoszą do brzmienia pozostali muzycy. I choć w przypadku albumów koncepcyjnych (a do takich Ghosts In The Park raczej można zaliczyć) jest to dość popularne zjawisko, tak zazwyczaj zaskakują one zmianą nastroju, tempa, brzmienia czy różnymi nietypowymi zagrywkami. Tutaj mi tego brakowało, co jest szczególnie rażące, biorąc pod uwagę fakt, że mówimy o muzyku, mającym ogromne doświadczenie w rocku progresywnym – gatunku, który z takowych słynie.

Akustyczne riffy w poszczególnych utworach brzmiały mi często co najmniej bardzo podobnie, a niektóre zagrywki były niemalże identyczne, co sprawiło, że słuchając albumu jako całości, poszczególne piosenki wręcz zlewały się w jedno w odsłuchu. A to, co najlepsze jest w tym albumie, najlepiej podsumowuje jego zwieńczenie – tytułowa piosenka Ghosts In The Park to zdecydowanie najbardziej kompletna kompozycja z nowego wydawnictwa Anglika. Prawie 13-minutowy utwór łączy w sobie wszystko to, co jest dobre w całej płycie. Otrzymujemy tam wzruszający tekst, złożoną, charakterystyczną dla rocka progresywnego kompozycję i strukturę, a sam utwór, oprócz Pillars jest jedynym, do którego częściej wracam, odkąd pierwszy raz przesłuchałem album.

Choć najnowsza płyta Soorda jest bez wątpienia bardzo intymnym, osobistym studium emocji, które artysta przeżywał przez ostatnie dwa lata, muzycznie sporo mi w niej brakowało. Przede wszystkim takiego swoistego „pazura”, fragmentu, riffu czy mocniejszej solówki, do której chętnie bym wracał. Dominują tu oniryczne wręcz brzmienia, które potęgują szeptane wręcz sekcje, nagrywane często w pokojach hotelowych, w trakcie tras koncertowych, gdy artyście szczególnie doskwierała samotność. I choć jako cały album ma to pewnego rodzaju ład, jest ułożone i niesamowicie dobrze przemyślane, tak dla mnie, jako odbiorcy, album zlewał się wręcz w całość, gdzie jedynymi szczególnie wyróżniającymi się utworami były dwa wspomniane już przeze mnie, niczym klamra spinające płytę.

 

6.5/10


Korekta: Kamila Flejterska

Posted in

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Popkulturomat

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej