Zeter Zelke - Zimne ognie / fot. Weronika Więckowska
Zeter Zelke – Zimne ognie / fot. Weronika Więckowska

Co otrzymamy, gdy połączymy zamiłowanie do popkulturowych kreacji skrytobójców z nurtem bizarro fiction, a wszystko to w wykonaniu posiadającej dobry warsztat autorki? Z pewnością mieszankę wybuchową, która w odpowiednich warunkach wciąga do świata książki, wypuszczając czytelnika dopiero po przeczytaniu całości. Jak to jednak wygląda w przypadku Zimnych Ogni łódzkiej pisarki, publikującej pod pseudonimem Zeter Zelke?

Sama autorka przez lata publikowała liczne opowiadania, w których kreowała podłoże dla swojego „pełnowymiarowego” debiutu, który stanowią Zimne Ognie. Powieść ta umiejscowiona została w tworzonym przez lata uniwersum, w które w międzyczasie zdołali wpleść się także inni autorzy, również publikujący pod szyldem Planety Czytelnika. Dla samej Zelke stanowiło to możliwość udoskonalenia warsztatu – co widać, bo jak na debiutancką powieść, Zimne Ognie napisane są w znakomity sposób.

Książka opowiada historię Marcela Szpilorka – elitarnego płatnego zabójcy, który po wykonaniu jednego ze zleceń zostaje schwytany przez policję. Po krótkiej odsiadce otrzymuje możliwość wyjścia na wolność, pod warunkiem pomocy władzom w uchwyceniu seryjnego mordercy. Ten, podczas pobytu Szpilorka w więzieniu, brutalnie zamordował liczne ofiary, dekapitując w charakterystyczny sposób zmaltretowane zwłoki, czyniąc to swoim elementem rozpoznawczym. Otrzymał przez to pseudonim Obrożnik. Szybko się okazuje, że największym problemem policji nie jest zidentyfikowanie kto nim jest, a znalezienie przeciwko niemu niepodważalnych dowodów.

Jak napomknąłem na początku, Zimne Ognie są przedstawicielem charakterystycznego nurtu bizarro fiction. Zeter Zelke, jako redaktorka portalu „Niedobre Literki”, znajduje się w gronie głównych propagatorów tego nurtu w Polsce. Samo bizarro w dużej mierze opiera się na przerysowanych, wychodzących poza schematy, przesiąkniętych groteską motywach. Liczne hiperbolizacje i elementy czarnego humoru sprawiają, że dla mnie, jako kogoś nowego w tej tematyce, pierwsze spotkanie z jej twórczością (zwłaszcza, że nie czytałem wcześniej żadnego ze wspomnianych opowiadań) było mocno zaskakujące.

W Zimnych Ogniach przenosimy się bowiem do Starego Jorka (tak, miasto nazywa się Stary Jorek), miasta mocno inspirowanego millerowskim Sin City. Porównanie to wybrzmiewa mocno zarówno w samej narracji, która przypomina tę z kultowego komiksu, jak i z próby utrzymania powieści w klimacie noir. Poznajemy w niej historię nie tylko wspomnianego Marcela, ale i reszty rodu Szpilorków. Poza nimi pojawia się cała plejada innych postaci, często nazwanych tak absurdalnie jak Remington Kolt Wesson czy Mordekaj Dafi.

Okładka książki „Zimne Ognie”
Okładka książki „Zimne Ognie”

Sama powieść opiera się w głównej mierze na mniej lub bardziej przerysowanych elementach intertekstualnych – na każdym kroku autorka nawiązuje do tego, co uwielbia w popkulturze. Mamy tu odpowiednik Fight Clubu, dowodzoną przez niejaką Syrenę organizację Strzelającego Cyrku Nieuchwytnych Zjaw, willę Szpilorków w podmiejskich Calesonach… a sam Stary Jorek na mapie przypominał mi Łódź. A to tylko nieliczne z wielu „dziwności” Zimnych Ogni.

Choć teoretycznie nasz bohater miał pomóc policji jedynie w sprawie Obrożnika, tak w praktyce w książce pojawia się kilka różnych spraw, w które się on angażuje. Wykonuje przy tym także zlecenia od swojej rodziny, wyrywając się w tym czasie spod czujnego oka pilnujących go funkcjonariuszy. Jego poczynania jako elitarnego zabójcy okraszone są często dość zwodniczą pewnością siebie, zwłaszcza że wykorzystuje do tego różne gadżety i umiejętności, których nie powstydziłby się John Wick. „Wickiem” nazywa zresztą swojego młodszego brata, Wincentego.

Zarówno opis książki, jak i jej początek, zwiastowały jednak coś innego, niż ostatecznie otrzymałem. Wspomniane przerysowane elementy nurtu bizarro sprawiały, że książka pełna była humoru, który nie zawsze trafiał w mój gust. Przez natężenie intertekstualności momentami książka niebezpiecznie ocierała się o kamp, a przeseksualizowanie poszczególnych wątków, większości żartów i wielu innych elementów książki sprawiło, że mocno uderzała w booktokowe klimaty. Przywodziło mi to mocno na myśl kultowego w wielu kręgach Pol Treka Luizy Dobrzańskiej, który dla mnie stanowił punkt, w którym tych elementów było tak dużo, że często aż szkodziły książce.

Zeter Zelke z warsztatu jest bardzo dobrą pisarką, co widać po Zimnych Ogniach. Ma przy tym swój własny, wypracowany styl, w którym jest konsekwentna. Potrafiła mnie wciągnąć w lekturę, domykając przy tym wszystkie wątki i zaskakując przy okazji zwrotów akcji. Choć doceniam wspomniany styl, nie do końca jestem jego fanem – najwyraźniej nie byłem fanem bizarro fiction i nie zostałem nim wskutek lektury. Nie do końca wiem też, czy tak przerysowane wątki i postacie oraz czy taki nadmiar humoru pasują do poważnej i często brutalnej tematyki, łamiącej momentami niektóre tabu. Zaburzało mi to immersję, sprawiając, że ciężko było mi się odpowiednio zanurzyć w świecie przedstawionym. Doceniam jednak umiejętności, konsekwencję, wiedzę i pomysły autorki, przez co dam prawdopodobnie kolejną szansę nurtowi bizarro przy okazji jej kolejnej książki, która ujrzała już światło dzienne.

6.5/10


Korekta: Kamila Flejterska

Posted in

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Popkulturomat

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej