
Co otrzymamy, gdy połączymy zamiłowanie do popkulturowych kreacji skrytobójców z nurtem bizarro fiction, a wszystko to w wykonaniu posiadającej dobry warsztat autorki? Z pewnością mieszankę wybuchową, która w odpowiednich warunkach wciąga do świata książki, wypuszczając czytelnika dopiero po przeczytaniu całości. Jak to jednak wygląda w przypadku Zimnych Ogni łódzkiej pisarki, publikującej pod pseudonimem Zeter Zelke?
Sama autorka przez lata publikowała liczne opowiadania, w których kreowała podłoże dla swojego „pełnowymiarowego” debiutu, który stanowią Zimne Ognie. Powieść ta umiejscowiona została w tworzonym przez lata uniwersum, w które w międzyczasie zdołali wpleść się także inni autorzy, również publikujący pod szyldem Planety Czytelnika. Dla samej Zelke stanowiło to możliwość udoskonalenia warsztatu – co widać, bo jak na debiutancką powieść, Zimne Ognie napisane są w znakomity sposób.
Książka opowiada historię Marcela Szpilorka – elitarnego płatnego zabójcy, który po wykonaniu jednego ze zleceń zostaje schwytany przez policję. Po krótkiej odsiadce otrzymuje możliwość wyjścia na wolność, pod warunkiem pomocy władzom w uchwyceniu seryjnego mordercy. Ten, podczas pobytu Szpilorka w więzieniu, brutalnie zamordował liczne ofiary, dekapitując w charakterystyczny sposób zmaltretowane zwłoki, czyniąc to swoim elementem rozpoznawczym. Otrzymał przez to pseudonim Obrożnik. Szybko się okazuje, że największym problemem policji nie jest zidentyfikowanie kto nim jest, a znalezienie przeciwko niemu niepodważalnych dowodów.
Jak napomknąłem na początku, Zimne Ognie są przedstawicielem charakterystycznego nurtu bizarro fiction. Zeter Zelke, jako redaktorka portalu „Niedobre Literki”, znajduje się w gronie głównych propagatorów tego nurtu w Polsce. Samo bizarro w dużej mierze opiera się na przerysowanych, wychodzących poza schematy, przesiąkniętych groteską motywach. Liczne hiperbolizacje i elementy czarnego humoru sprawiają, że dla mnie, jako kogoś nowego w tej tematyce, pierwsze spotkanie z jej twórczością (zwłaszcza, że nie czytałem wcześniej żadnego ze wspomnianych opowiadań) było mocno zaskakujące.
W Zimnych Ogniach przenosimy się bowiem do Starego Jorka (tak, miasto nazywa się Stary Jorek), miasta mocno inspirowanego millerowskim Sin City. Porównanie to wybrzmiewa mocno zarówno w samej narracji, która przypomina tę z kultowego komiksu, jak i z próby utrzymania powieści w klimacie noir. Poznajemy w niej historię nie tylko wspomnianego Marcela, ale i reszty rodu Szpilorków. Poza nimi pojawia się cała plejada innych postaci, często nazwanych tak absurdalnie jak Remington Kolt Wesson czy Mordekaj Dafi.

Sama powieść opiera się w głównej mierze na mniej lub bardziej przerysowanych elementach intertekstualnych – na każdym kroku autorka nawiązuje do tego, co uwielbia w popkulturze. Mamy tu odpowiednik Fight Clubu, dowodzoną przez niejaką Syrenę organizację Strzelającego Cyrku Nieuchwytnych Zjaw, willę Szpilorków w podmiejskich Calesonach… a sam Stary Jorek na mapie przypominał mi Łódź. A to tylko nieliczne z wielu „dziwności” Zimnych Ogni.
Choć teoretycznie nasz bohater miał pomóc policji jedynie w sprawie Obrożnika, tak w praktyce w książce pojawia się kilka różnych spraw, w które się on angażuje. Wykonuje przy tym także zlecenia od swojej rodziny, wyrywając się w tym czasie spod czujnego oka pilnujących go funkcjonariuszy. Jego poczynania jako elitarnego zabójcy okraszone są często dość zwodniczą pewnością siebie, zwłaszcza że wykorzystuje do tego różne gadżety i umiejętności, których nie powstydziłby się John Wick. „Wickiem” nazywa zresztą swojego młodszego brata, Wincentego.
Zarówno opis książki, jak i jej początek, zwiastowały jednak coś innego, niż ostatecznie otrzymałem. Wspomniane przerysowane elementy nurtu bizarro sprawiały, że książka pełna była humoru, który nie zawsze trafiał w mój gust. Przez natężenie intertekstualności momentami książka niebezpiecznie ocierała się o kamp, a przeseksualizowanie poszczególnych wątków, większości żartów i wielu innych elementów książki sprawiło, że mocno uderzała w booktokowe klimaty. Przywodziło mi to mocno na myśl kultowego w wielu kręgach Pol Treka Luizy Dobrzańskiej, który dla mnie stanowił punkt, w którym tych elementów było tak dużo, że często aż szkodziły książce.
Zeter Zelke z warsztatu jest bardzo dobrą pisarką, co widać po Zimnych Ogniach. Ma przy tym swój własny, wypracowany styl, w którym jest konsekwentna. Potrafiła mnie wciągnąć w lekturę, domykając przy tym wszystkie wątki i zaskakując przy okazji zwrotów akcji. Choć doceniam wspomniany styl, nie do końca jestem jego fanem – najwyraźniej nie byłem fanem bizarro fiction i nie zostałem nim wskutek lektury. Nie do końca wiem też, czy tak przerysowane wątki i postacie oraz czy taki nadmiar humoru pasują do poważnej i często brutalnej tematyki, łamiącej momentami niektóre tabu. Zaburzało mi to immersję, sprawiając, że ciężko było mi się odpowiednio zanurzyć w świecie przedstawionym. Doceniam jednak umiejętności, konsekwencję, wiedzę i pomysły autorki, przez co dam prawdopodobnie kolejną szansę nurtowi bizarro przy okazji jej kolejnej książki, która ujrzała już światło dzienne.
6.5/10
Korekta: Kamila Flejterska
Pasjonat fantastyki w każdej możliwej formie. Gdy nie ogląda filmu, ogrywa zapewne kolejną grę lub słucha nowo poznanego zespołu na znalezionym kilka godzin temu koncercie. A dobra lektura stanowi dla niego idealne zwieńczenie każdego dnia.

Zostaw odpowiedź